Podróże wciągają. Nie wiem, czy wszystkich, ale nasza ciekawość świata jest ogromna. Stąd domniemam, że znaleźliśmy się w wciągającym nas wirze. I co dziwne, nie wołamy o pomoc, tylko raptem szeroko otwieramy oczy i stwierdzamy: tego nie planowaliśmy, jaki niesamowity traf….. I tak pewnego dnia, w tym zakręceniu, nagle spostrzegamy, że nasze lato znacznie się wydłużyło i to pod afrykańskim słońcem. Tak naprawdę wszystkiemu winna jest świetna promocja na lot do tajemniczego Zanzibaru. Nad wykupieniem biletów nie dyskutowaliśmy ani chwili, decyzja była szybka. Wówczas o Zanzibarze nie wiedzieliśmy zbyt wiele. Ta odległa wyspa kojarzyła się nam jedynie z najpiękniejszymi plażami na świecie. Tylko tyle i aż tyle! Tym razem zdecydowaliśmy się „gonić” uciekające lato naszą czwórką: my i dwójka dzieci: 7-letnia Maja i 7-miesięczny Filip.

PODRÓŻ

     Nasza podróż zaczęła się w Warszawie. Trasa wyglądała tak: Polska – Luksemburg – Włochy – Oman – Zanzibar. Trochę skomplikowanie, ale promocja cenowa stwarza czasami takie niedogodności. Podróż była długa, gdyż mieliśmy spore przerwy między lotami. W Luksemburgu byliśmy cały dzień (o tym w kolejnym wpisie), natomiast w Omanie spędziliśmy 12 godzin, niestety, na lotnisku. Wprawdzie zaplanowaliśmy zwiedzanie Maskatu, lecz obowiązkowa, kosztowna wiza i inne niedogodności uwięziły nas w klimatyzowanej lotniskowej hali.

życie na lotnisku Oman

zabawy na lotnisku Oman

       Po omańskim koczowaniu z jeszcze większą niecierpliwością wyglądaliśmy celu naszej wyprawy. Na zanzibarskim lotnisku, a raczej coś, co taką rolę spełniało, byliśmy w nocy, o godzinie trzeciej czasu miejscowego (2 godziny do przodu względem czasu polskiego). Hala przylotów to raczej barak z jedną ławką, ale za to z rojem komarów i stadami kąśliwych muszek. A gdzie szkło i aluminium? Sklepy bezcłowe? Bary? Trzeba było sobie powiedzieć: „Żegnaj cywilizacjo, a witaj tajemnicza Afryko”.

     Przed lądowaniem mieliśmy dość optymistyczne plany co do natychmiastowych eksploracji, jednak zmęczenie skłoniło nas do wynajęcia taksówki i skierowania się do hotelu. I tu kolejna afrykańska niespodzianka. Jazda do hotelu nie dość, że trwała prawie godzinę, to była delikatnie mówiąc mało komfortowa. Droga okazała się tak wyboista i kręta, że roller coaster to „pikuś”. I do tego małe frycowe. Chodzi o zapłatę za taksówkę. Zapłaciliśmy taksówkarzowi 50 $, choć początkowo chciał 100 $. Frycowe, bo nie targowaliśmy się z nim za długo, co jest tamtejszym zwyczajem. Odniosłam wrażenie, że mimo dość wysokiej zapłaty nie jest on zadowolony. Jak dowiedzieliśmy się później, mogliśmy utargować kwotę 35$. W hotelu czekała nas kolejna niespodzianka. Było kilka godzin przed rozpoczęciem doby hotelowej z dokonaną wcześniej rezerwacją. Liczyliśmy się z tym, że o tej porze może nie być wolnego pokoju, i że będziemy koczować na hotelowej kanapie przed recepcją. Na miejscu czekało nas jednak miłe zaskoczenie! Pracownicy recepcji od razu dali nam pokój i to gratis, więc szczęśliwi padliśmy na łóżka po 43- godzinnej podróży.

HOTEL

saharis zanzibar

     Hotel, w którym się zatrzymaliśmy nazywa się Sahari Zanzibar (TUTAJ). Znajduje się w miasteczku o nazwie Bwejuu, w południowo-wschodniej części wyspy. Dotychczas, podczas większości naszych podróży, często zmienialiśmy miejsca noclegu. Jednak tym razem uznaliśmy, że zostajemy w jednym miejscu, ponieważ wyspa jest na tyle mała, że wszędzie możemy szybko dojechać. Poza tym byliśmy tam z małym synkiem, więc chcieliśmy zapewnić mu maksymalny komfort i nie robić co chwila przeprowadzek po całej wyspie.
Dodatkowym argumentem była przystępna cena w kameralnym i dość komfortowym obiekcie. Pokój bardzo czysty, codziennie sprzątany, standardowo wyposażony w lodówkę i czajnik, a dla nas dodatkowo w łóżeczko dziecięce (niby normalnie, ale to przecież zaskakująca Afryka). Za dobę płaciliśmy 200 zł (4 osoby) z wliczonym śniadaniem.
Poza tym na terenie obiektu znajdował się basen, restauracja i bar, a i o odnowę biologiczno-kosmetyczną można było poprosić.

Saharis Zanzibar

     Sam hotel, co najcudowniejsze, mieścił się w miejscu dosyć odległym od turystycznego zgiełku. Będąc na długim spacerach wzdłuż oceanu, nie natknęliśmy się na żaden inny hotel. Natomiast poza murami Sahari mieliśmy okazję nasycić się widokiem nie tylko lazurowego oceanu i uroczych palm, ale także mieliśmy sposobność obserwować prawdziwe życie zanzibarskiej ludności. Czy nie tego szuka każdy ciekawy świata podróżnik? W Bwejuu czuliśmy się jak w otwartym teatrze, gdzie widz może zasiąść w każdej chwili na widowni, przed którą rozgrywa się spektakl: szkoła, która była dwa kroki od hotelu, dalej zanzibarska codzienność domów mieszkalnych oraz mały sklepik, który był otwierany w późnych godzinach popołudniowych. Szkoda, że na krótki czas (był wówczas ramadan).

targ zanzibar

szkoła na zanzibarze

szkoła na Zanzibarze
PLAŻA

     Plaża – można by powiedzieć pocztówkowa, uroczo dzika. To najlepsze miejsce na jogging i spacery w morskiej bryzie. Woda błękitna i ciepła, ale przy naszym hotelu zaskakująco płytka. I to właśnie woda sprawiła nam największą niespodziankę – ona dosłownie znikała. „Rozpływała się” właśnie wówczas gdy z dziećmi postanawialiśmy się popluskać. Po prostu przez większość dnia był odpływ i żeby dostać się do głębszej wody trzeba było pokonać spory kawałek grząskiego dna, w którym chowało się wiele małych krabów i jeżowców. Mieliśmy wprawdzie specjalne buty do chodzenia po dnie morskim, jednak nie na wiele się przydały, zostawały w mulistym piasku. Przebijanie się do oceanu dla naszej czwórki było za ciężkie, więc najczęściej zawracaliśmy. Jedno trzeba było przyznać, widoki mieliśmy bajeczne. Ucieczkę morskiej wody wynagradzał nam basen, gdzie dzieci mogły do woli poszaleć.

plaża na Zanzibarze

plaża na Zanzibarze

CO ZWIEDZILIŚMY?

     Koło hotelu, na plaży, cały czas można było spotkać miejscowych, którzy oferują turystom atrakcyjne cenowo wycieczki. My także skorzystaliśmy z takiej oferty, wietrząc kolejną niespodziankę, bo jedyną gwarancją wywiązania się z zobowiązań zawartych w ofercie było zapewnienie usługodawcy, „pan będzie zadowolony”. W rzeczywistości za dwa dni wycieczek dla naszej czwórki zapłaciliśmy około 400 zł. W ramach tego zobaczyliśmy „symbol” Zanzibaru – The Rock, Las Jozani i zamieszkałe tam małpki endemiczne, plantację przypraw, Prison Island oraz Stone Town. Wszystkie bilety wstępu i przejazdy były w ramach podanej wyżej kwoty.

Poniżej opiszemy Wam miejsca, które widzieliśmy.

Prison Island

     Inaczej Wyspa Więzienna. Nazwa wzięła się stąd, że w XIX wieku zostało zbudowane tam więzienie, które jednak nigdy nie było wykorzystane zgodnie z jego przeznaczeniem. Zamiast tego postanowiono wykorzystać zabudowania do umieszczenia w nich chorych celem odbycia kwarantanny. Przybywający na wyspę, którzy zdradzali objawy żółtej febry, trafiali prosto ze statku do tego ośrodka. Tutaj taka osoba musiała być przez dwa tygodnie hospitalizowana, zanim mogła wjechać do Zanzibaru lub dalej do kontynentalnej Afryki administrowanej przez namiestników Jego Królewskiej Mości. Obecnie to miejsce jest jedną z głównych atrakcji Zanzibaru. Na wyspę można przypłynąć łodzią z Stone Town w niecałe pół godziny. Oprócz zwiedzania niewątpliwie robiącego wrażenie wyżej opisanego miejsca, można zobaczyć także sanktuarium żółwi olbrzymich. Skąd się wzięły żółwie? Cztery gady zostały przywiezione na Zanzibar w początkach XX wieku, jako prezent od brytyjskiego rządu Seszeli. Początkowo ich rozwój był zagrożony ze względu na częste kradzieże młodych żółwiątek. Z tego powodu władze zdecydowały się przenieść „prezent” na Prison Island, gdzie zostawione w spokoju zaczęły się szybko i bez przeszkód rozmnażać. Najstarszy żółw na wyspie ma 192 lata i czuje się całkiem dobrze! 🙂

Najstarszy żółw na wyspie

najstarszy żółw na Zanzibarze

Łodzie, którymi płynie się na wyspę Prison

droga na wyspę Prison

Wyspa Prison

wyspa Prison

     Bilety do sanktuarium są sprzedawane na zasadzie „co łaska”. Ile chcemy dać, tyle dajemy. W ramach biletu dostajemy gałęzie z liśćmi, które są przysmakiem żółwi. Po całym rezerwacie chodzą opiekunowie tych zwierząt, którzy dbają o nie. Bardzo fajne i atrakcyjne miejsce dla małych dzieci, ale także dla dorosłych.

żółwie na Zanzibarze

The Rock

     To po prostu restauracja na małej wysepce (TU) która o dziwo, jest kultowym miejscem Zanzibaru. Wygląda ona zjawiskowo. Bajecznie wynurzająca się z oceanu mała skała, a na niej niewielki domek niczym chatka z piernika znana nam z bajki o Jasiu i Małgosi braci Grimm. Przed południem można dojść do restauracji „suchą nogą”, po specjalnie przygotowanej ścieżce. Po południu następuje przypływ i do restauracji trzeba podpłynąć łódką. Widok z tarasu restauracji jest piękny! Za to ceny w restauracji nie są zbyt piękne, więc skusiliśmy się tylko na orzeźwiające napoje.

The Rock

The Rock restaurant

odpływ the rock zanzibar

Stone Town

      Stone Town, czyli inaczej Kamienne Miasto. Jest to starówka Zanzibar Town, stolicy Zanzibaru. Jej historia sięga XV wieku, kiedy na wyspę przypłynęli Portugalczycy i zaczęli budowę pierwszej kamiennej fortecy, znanej obecnie jako Stary Fort. Fort jest już odnowiony, mieści się w nim punkt informacji turystycznej, restauracja i toaleta. Zwiedzać można górną część murów obronnych oraz wieżę po zachodniej stronie.

mury obronne zanzibar

stone town zanzibar

fort zanzibar

zanzibar stone town

     Starówka zauroczyła nas labiryntem wąskich uliczek i ukrytych przejść między domami. Po drodze mijaliśmy małe bazary i sklepiki z pamiątkami, a spacerom towarzyszyły dźwięki rytmicznych modlitw. Przejścia były zbyt wąskie dla samochodów, więc ulice wypełnione były tylko pieszymi i rowerzystami. Klimatycznemu miejscu nieznacznie psuli wizerunek miejscowi handlarze, którzy ciągle nas nagabywali, mimo naszego stanowczego „nie”. No cóż! To Afryka – bardzo podobne podejście do handlu zarówno mieszkańców północy kontynentu jak i centralnej jego części. Taka mała uwaga! Kupując cokolwiek od miejscowych musicie liczyć się z różnego rodzaju chwytami handlowymi, które można określić jako „metoda na Kalego” (odwołanie do powieści H. Sienkiewicza „W pustyni i w puszczy”). My testowaliśmy poziom naszej naiwności w starciu z handlarzem przyprawami. Kupiliśmy pięknie opakowane, wypełnione różnymi przyprawami łupiny po orzechu kokosowym. Okazało się, że przyprawy są jedynie na wierzchu opakowania, resztę wypełnia bliźniacza łupina zwrócona wypukłością do góry. Jak się dowiedzieliśmy, w całej Afryce można natknąć się na „wypełnione” przyprawami łupiny orzecha kokosowego – to taki regionalny gadżet.

stone town zanzibar
Dla nas przygoda z handlarzem przyprawami miała jeszcze znaczenie inspirujące. Postanowiliśmy, że bez obejrzenia „wonnej plantacji” nie wyjedziemy z wyspy. 🙂

Plantacja przypraw

     Zanzibar to zjawiskowe plaże, ale również upajające swoją wonią korzenie i owoce. Przecież to Wyspa Przypraw. Pierwszą przyprawową przygodę, dzięki miejscowym handlarzom, mieliśmy już za sobą. Teraz pora na zmierzenie się z tradycją gospodarczą wyspy, z jej hitem eksportowym, czyli goździkami. Historia tej przyprawy na Zanzibarze sięga XVIII wieku, kiedy to założono pierwszą plantację goździków. Już w kolejnym stuleciu uprawy rozwinęły się na tyle, że wyspa stała się potęgą eksportową tego aromatycznego złota. Ze względu na złożone sobie przyrzeczenie, nasze kroki kierujemy nie gdzie indziej tylko na plantację. Najbardziej popularna i licznie odwiedzana przez turystów mieści się około 20 km od Stone Town. Na jej zwiedzenie trzeba poświęcić około 3-4 godzin. Jeśli nastawiacie się na zobaczenie plantacji w pełnym tego słowa znaczeniu, czyli wielkopowierzchniowej uprawy np. jednej przyprawy, to możecie się rozczarować. Plantacja, do której wszyscy organizatorzy wycieczek nas kierują to doświadczalne pole zrobione specjalnie na potrzeby turystów. Tam się nie prowadzi normalnej gospodarki produkcyjnej. Jest to kolejne miejsce na świecie, gdzie w sposób cywilizowany pokazuje się odwiedzającym specyfikę regionu i to w pełnej krasie, nie narażając plantatorów na straty. Miejsce, do którego trafiliśmy, zwiedza się w towarzystwie przewodnika, który opowiada o tych przyprawach, odcina ich kawałki, czy wykopuje odpowiednie części roślin, by przynieść je nam i zaprezentować. Mimo, że jest to taka „sztuczna plantacja”, było to bardzo ciekawe doświadczenie, szczególnie dla córki, która nie widziała przypraw rosnących na drzewach/krzakach.

plantaja przypraw zanzibar

Durian

durian

Papryczki chilli

papryczki chilli

Jackfruit

jackfruit

Cynamon

cynamon
Po zakończeniu zwiedzania zostaliśmy zaproszeni na degustację owoców, które pochodziły z tutejszej plantacji. Mieliśmy okazję posmakować owoców niespotykanych w polskich sklepach.

W dobrym tonie jest dać przewodnikowi napiwek, jeśli jesteśmy z wizyty zadowoleni. My byliśmy.

Las Jozani

     Pełna nazwa to Park Narodowy Jozani Chwaka Bay i jest to jedyny park narodowy Zanzibaru. Znajduje się tam prawie 50 kilometrów kwadratowych lasu deszczowego. Mimo, że Afryka kojarzy nam się z dziką zwierzyną płową, która spaceruje po sawannie, to w Jozani Chwaka Bay, ani sawanny, ani tych zwierząt, nie zobaczymy. Spotkamy za to bardzo sympatyczne małpki zwane gerezami trójbarwnymi, które są gatunkiem endemicznym i występują tylko na Zanzibarze. Jest ich około dwóch tysięcy i już ta niewielka ilość wskazuje, że są gatunkiem skrajnie zagrożonym. Tak więc, największą atrakcją puszczy Jozani i celem wielu wycieczek są małpki żyjące w zjawiskowo pięknym otoczeniu namorzyn lasu deszczowego. Na szczęście dla turystów i atrakcyjności tego miejsca wydaje się, że małpkom zainteresowanie ludzi nie przeszkadza. Jak dało się zaobserwować, są przyzwyczajone do obecności wycieczkowiczów i najczęściej zajmują się sobą lub pozowaniem do zdjęć.

las jozani

małpki las jozani

     Las deszczowy i zwierzęta tworzą cudowny konglomerat. Turyści zwiedzający park nie wszędzie mogą dojść bez przeszkód, by podziwiać naturę. Z pomocą przychodzą drewniane podesty, po których już bez trudu można dostać się w najbardziej atrakcyjne rejony jozanickiego ekosystemu. Pomost szczególnie przydaje się w miejscach zalewanych przez słoną wodę ( morskie przypływy). Po lesie oprowadzani byliśmy przez przewodnika, który czuwał nad naszym bezpieczeństwem i opowiadał nam o tym unikatowym miejscu.

las namorzynowy

JEDZENIE

     Przed przyjazdem na wyspę, nastawialiśmy się, że będziemy jadać obiady i kolacje w tutejszych knajpkach. Po przyjeździe do Bwejuu musieliśmy zweryfikować oczekiwania, gdyż w pobliżu nie było żadnej restauracji, nie licząc oczywiście hotelowej. Chcąc nie chcąc, jadaliśmy na miejscu. Po paru dniach, miejscowi plażowi biznesmeni, zaproponowali nam ugotowanie świeżo wyłowionych owoców morza i podanie ich w „knajpce” zbudowanej z patyków nad samym brzegiem oceanu. Kolejny raz zaryzykowaliśmy. Był tam jeden stolik i bardzo prymitywna kuchnia. Oczywiście karty dań nie było. Za to przy stole mówiliśmy naszym nowym żywicielom, co chcemy zjeść (ryby, kalmary itp.), a „kucharz” szedł do wody je wyławiać. 🙂 Jakież było nasze zdziwienie, gdy szybko wracał. Widać, że wprawę miał. Jedzenie było świeże, pyszne i od tamtej pory jadaliśmy zawsze w patyczkowej restauracji. Organizacja plażowej jadłodajni była wzorowa. Po zimną colę jeden z przedsiębiorców – „kelner” jeździł rowerem, w czasie gdy drugi – „kucharz” przyrządzał nam potrawę. Pełna synchronizacja.

jedzenie na zanzibarze

kuchnia na zanzibarze

kalmary zanzibar

       Dla porównania cen – w hotelu płaciliśmy ponad 30 złotych za jeden mało wyszukany obiad (typu spaghetti) bez napoju, natomiast w tej „knajpce” płaciliśmy około 20 złotych za świeże owoce morza plus zimny napój.

POWRÓT

     Znając już ceny taksówek i tamtejsze techniki negocjacyjne, utargowaliśmy zapłatę za powrót z hotelu na lotnisko. Stanęło na 25 $. Wylot mieliśmy wcześnie rano, bo o godzinie 7:00, więc musieliśmy wymeldować się o godzinie 4:00. Lot powrotny wyglądał tak samo, jak przylot, ale tym razem mieliśmy krótszy czas oczekiwania na kolejny samolot. Do Mediolanu przylecieliśmy jednak ze sporym opóźnieniem, gdyż w Omanie był dwugodzinny poślizg. Nasze spóźnienie nie uszło uwadze obsłudze lotniska, która już przy wyjściu z samolotu czekała na nas, a potem szybko prowadziła tajemniczymi, pracowniczymi przejściami do samolotu, który leciał w kierunku Luksemburga. Niestety, w Luksemburgu zdarzyła się kolejna nieprzyjemna przygoda. Bagaż i wózek dziecięcy zostały w Omanie. Na szczęście następnego dnia po powrocie do Polski mogliśmy zgubę odebrać z lotniska.

lotnisko zanzibar
Dzieci jak zawsze zniosły wszystko bardzo dzielnie i pogodnie, bez żadnego płaczu i nadmiernego zniecierpliwienia.

Na koniec chcemy krótko odpowiedzieć na pytanie, czy to dobre miejsce na wakacje z dziećmi?

Tak, bo:

+ są piękne piaszczyste plaże
+ zanzibarczycy są bardzo przyjaźni wobec dzieci
+ wyspa jest mała, więc wszędzie jest w miarę blisko
+ brak jest chorób typu malaria
+ miejsc do zwiedzania nie jest dużo, więc my, dorośli nie mamy poczucia, że nie zwiedziliśmy wszystkiego, „bo dziecko nie wytrzyma” lub „bo będzie się nudziło”
+ okoliczności przyrody są urzekające zarówno dla dzieci, jak i ich rodziców.

Nie, bo:

– podróż jest długa
– wieczorami dokuczają komary

     Sami zdecydujcie, które argumenty są dla Was najważniejsze i podejmijcie decyzję, czy warto tam polecieć. A może inne czynniki są dla Was istotne? Chętnie się dowiemy.

Dajcie znać w komentarzach!

7 komentarzy to “Zanzibar 2017”

You can leave a reply or Trackback this post.
  1. Roksana - Styczeń 5, 2018 Odpowiedz

    Wow gratuluje wytrwałości w podróży!

  2. Ewik - Styczeń 6, 2018 Odpowiedz

    Ja bylam w pazdzierniku (pora sucha), komarow nie bylo. Mozna leciec za male pieniadze z 1 lub 2 przystankami a male pieniadze pod warunkiem ze bilety kupuje sie wczesnej.

    • Zalatana Rodzinka - Styczeń 7, 2018 Odpowiedz

      Mieliśmy bardzo tani bilet i przez to właśnie takie niedogodne przesiadki… A komary, cóż, tak trafiliśmy. Pech, że akurat dzień przed wyjazdem z Zanzibaru, Filipa pogryzły tak komary, że wyglądał jakby miał ospę. Na lotnisku obsługa raz się zapytała, gdzie my byliśmy. Na szczęście Filip wcale nie marudził.

  3. Mariola - Marzec 30, 2018 Odpowiedz

    Podziwiam za organizację tak dalekiego wyjazdu z dziećmi. Przeczytałam z ciekawością, mam nadzieję kiedyś wyspę odwiedzić. Wspaniałe widoki i przyroda.

  4. Andżelika - Wrzesień 17, 2018 Odpowiedz

    Mega fajna podróż! wielbiam takie dzikie klimaty, chociaż brak cywylizacji, o której wspominasz, bywa męczący. 😀

    Podziwiam za wytrwałość w tak dalekiej podróży. Do Zanzibaru trzeba koniecznie zajrzeć.

    Pozdrawiam!

  5. Zalatana Rodzinka - Październik 30, 2018 Odpowiedz

    Witam! Dziękujemy 🙂 Nie ma co się bać tak długiego lotu. Dziecko będzie spało, jadło, trochę pochodzi, pobawi się ekranikiem (są tam bajki, gry) przymocowanym do siedzenia, jakieś książeczki proszę wziąć. Szybko zleci! 😉 Więcej propozycji zabaw znajduje się tutaj: https://www.zalatanarodzinka.pl/co-robic-z-dzieckiem-w-samolocie/
    Co do pytania dot. szczepień to nie. Na Zanzibarze nie ma malarii, jest za to w Tanzanii i tam nie zalecam płynąć na żadne wycieczki z dzieckiem. Jeśli chodzi o wodę to mamy zasadę, że na wyjazdach pijemy tylko butelkowaną wodę, myjemy zęby także taką wodą. Dzieci nie miały nigdy biegunki na żadnych wyjazdach. Trzymamy kciuki, by nie było żadnych problemów. 🙂 Pozdrawiamy!

Leave a Reply

Your email address will not be published.