Jak już wspominałem pod koniec pierwszej części, podróż do stolicy Kostaryki San Jose, można zaklepać sobie na Bocas w jednym z wielu biur, które organizują podróże w różne zakątki Panamy oraz Kostaryki. Co do samej podróży to dokładnie o godzinie 8:00 znaleźliśmy się w porcie, gdzie dostaliśmy opaski z nazwą miasta, do którego podążamy. Pół godziny później byliśmy już w Taxi Boat jadącej do miejscowości Almirate, skąd taksówkami, już tradycyjnymi, udaliśmy się do miejscowości znajdującej się 10 km od granicy o nazwie Changuinola. Tutaj zostaliśmy „przepakowani” do autokaru, który miał nas zawieźć  prosto do miejsca docelowego.

Granica panamsko – kostarykańska w Sixola

     Jadąc z Almirate do San Jose jest jeszcze przeszkoda w postaci malutkiego przejścia granicznego. Czynne jest ono tylko od 8:00 – 17:00, więc trzeba uważać, aby nie pojawić się przypadkiem po tym czasie, gdyż wtedy czeka nas nocka przy granicy. Pierwszą jest kontrola paszportowa w autokarze około 1km od granicy. Pan policjant skrupulatnie przegląda wszystkie paszporty w poszukiwaniu nie wiadomo czego.

     Po dojechaniu do samego przejścia, wszyscy muszą wysiąść i udać się do okienek, w których wbijane są pieczątki, potwierdzające opuszczanie Panamy. Jest też tam malutki sklepik bezcłowy. Oczywiście, na drugim końcu świata, w malutkim, może 30 metrowym sklepiku, dumnie stoi nasza „Wyborowa”:)

     Ogólnie ceny alkoholu w tym sklepie to jakiś kosmos. Np. 1 litr whisky 4.5 dolara, 1 litr rumu jamajskiego 6 dolarów, Stolicznaia 1 litr również 6 dolarów 🙂 Po udanych zakupach trzeba było jeszcze przejść przez tajemniczy i ciemny most, który wyznaczał granicę i już byliśmy po kostarykańskiej stronie Ameryki Środkowej.

     Tutaj czekał nasz autokar, który wcześniej pojechał tylko z naszymi bagażami. Przed wejściem do niego trzeba było jednak najpierw iść do okienka, tym razem po pieczątkę wjazdową na Kostarykę. W oczekiwaniu na obsługę, można było zaobserwować powitalny plakat ostrzegający przed…komarami przenoszącymi malarie, które (co można było wyczytać) znajdują się tylko w 4 miejscach na ziemi i właśnie…  w Kostaryce. Strach w oczach, ale co zrobisz jak nic nie zrobisz. 😉

San Jose

     Hm…długo zastanawiałem się co można napisać o stolicy Kostaryki… Powiem szczerze, że jedyną fajną rzeczą związaną z tym miastem jest moment gdy ogląda się je z gór, bo znajduje się ono w dolinie i przy dobrej pogodzie można porobić rewelacyjne zdjęcia. W samym mieście nie warto zostać nawet  jeden dzień, gdyż po prostu nie ma tam nic, według mnie,  wartego oglądania. Świadomi tego od razu udaliśmy się do wypożyczalni samochodów, aby odebrać wcześniej już zamówiony w Polsce samochód (12 osobowy Hyundai H1). Samochód ten może jest 12-osobowy ale, gdy nikt nie ma bagaży… My byliśmy w 7 osób i mieliśmy problem, żeby zmieścić wszystkie rzeczy.

     Po załadowaniu się (co wcale nie było takie proste), udaliśmy się do pierwszej atrakcji jaką miała być… Floribeth Mora Diaz! Dla nie wtajemniczonych jest to Pani, która została uzdrowiona z nieuleczalnej choroby guza mózgu, dzięki naszemu papieżowi! Ona również podczas kanonizacji niosła krew Jana Pawła II na ołtarz. Wszystko było fajnie, jednak mieliśmy tylko dane z jakiej dzielnicy Ona pochodzi, bez dokładnego adresu. Niestety, nie udało się jej nam znaleźć. Pojechaliśmy więc do naszej pierwszej bazy noclegowej, oddalonej około 30 km od San Jose, a wybranej ze względu na bliskie położenie od kilku atrakcji, które mieliśmy zamiar zobaczyć w najbliższych dwóch dniach.

     Tutaj jeszcze jedna super sprawa. Córka dostała kaszlu, więc stwierdziliśmy, że kupimy w aptece jakiś lek na tę dolegliwość. Po drodze znaleźliśmy małą aptekę, a tam oprócz standardowych farmaceutów… lekarz! Jak się dowiedzieliśmy, tak jest w każdej aptece w Kostaryce. To jest dopiero sposób na rozładowanie kolejek w przychodniach w Polsce, lekarz pierwszego kontaktu w aptece.

Wulkan Poas

     Około 10 km od naszego hoteliku znajduje się pierwsza atrakcja, do której pojechaliśmy następnego dnia z rana, czyli Wulkan Poas. Jest to jedyny czynny wulkan w Ameryce Środkowej. Zdecydowanie warto wybrać się do tego miejsca. Już sama droga wprawia w zachwyt,  czym wyżej wjeżdżaliśmy, tym  piękniejsze były widoki.

     Wstęp na wulkan kosztuje 10$ od osoby, plus jeszcze 7$ za parking. Od samochodu do krateru wiedzie dróżka około 500 metrów, na której można spotkać piękne koliberki.

     Sam krater prezentuje się mistrzowsko. Olbrzymia dziura, z której mocno czuć siarką i  dym przykrywający  wszystko.

     Tutaj spędziliśmy trochę czasu podziwiając piękny widok oraz robiąc miliony fotek. Następnie udaliśmy się mroczną i tajemniczą ścieżką nad lagunę.

     Przed wejściem jest napis, że droga trwa 60 minut, jednak trwała niecałe 20. Tutaj również były piękne widoki i sporo turystów robiących zdjęcia. Po chwili oddechu można było udać się dalej w stronę parkingu. Przed końcem zwiedzania jest jeszcze muzeum wulkanu, gdzie pokazana jest cała historia, oraz praktyczne informacje o tym zjawisku.

Wodospad La Pas Waterfall Gardens

     Po opuszczeniu terenu wulkanu, udaliśmy się do kolejnej atrakcji, która znajduje się w okolicy, czyli słynnych w Kostaryce wodospadów. Jak się okazało na miejscu, La Pas są to całe ogrody wodne, gdzie oprócz wielu mniejszych i większych wodospadów, są również miejsca z ptakami, wężami i innymi zwierzakami. Do końca nie wiemy jak do tego doszło, ale wejście do La Pas kosztowało 35$ od osoby, a my jednak nieświadomi 😉 weszliśmy bocznym wejściem. 🙂 Od razu po zejściu na dół zobaczyliśmy pierwsze małe wodospady ze źródlaną lodowatą wodą i małe jacuzzi. Brak jakichkolwiek kąpielówek, ręczników, czy ubrań na zmianę wcale nas nie powstrzymał od tego, by najpierw poskakać do lodowatej wody w tym co mamy, a potem ogrzewać się w jacuzzi. Zabawy co nie miara, jednak nie każdy miał odwagę z tego skorzystać. Pozdrawiamy Edi! 🙂 W mokrych ubraniach udaliśmy się dalej do miejsca z setkami ptaków. Tutaj można było sobie zrobić między innymi zdjęcie z tukanem na ręku.


    Atrakcji było dużo więcej i samo zwiedzanie całego miejsca zajmowało około 2.5 godziny. Warto, a czy uda się wam za darmo to już nie gwarantuje!

     Po całym dniu wędrówek, wieczór spędziliśmy już w noclegowni. Następnego dnia ostatnia atrakcja, czyli plantacje kawy i wyjazd około 350 kilometrów nad ocean.

Doka – Plantacja kawy

     Po śniadaniu spakowani, wyjechaliśmy na oddaloną kilka kilometrów dalej plantację kawy Doka, której właściciele uważają, że ich kawa jest najlepsza na świecie.

     Tutaj można zakupić za 15 dolarów wycieczkę po plantacji z przewodnikiem lub zwiedzić ją samemu. Oczywiście wybraliśmy ten drugi wariant. 🙂 Plantacja jest bardzo ładna i duża. Wszędzie widać miliony krzaków z ziarnami kawy, oraz czuć unoszący się ich zapach.

     Można też zobaczyć małe muzeum oraz wypić kawę z miejscowej plantacji. Jest też oczywiście sklep, gdzie można zakupić nie tylko kawę, ale również czekoladę z pobliskiej plantacji, pamiątki i wiele innych rzeczy.

     Ceny bardzo przystępne, za 6 sztuk opakowań kaw prosto z plantacji płaciliśmy 45$ i to był idealny prezent dla rodzin w Polsce.

Montezuma

     Wizyta na plantacji kawy przebiegła dosyć szybko i wkrótce mogliśmy udać się w długą podróż  do Montezumy.

     Niby tylko 350 km, ale przez drogi, jakie są w Kostaryce, nasza podróż trwała około 7 godzin. Jednak to co zobaczyliśmy na miejscu zrekompensowało nam wszystkie podróżnicze bóle!

     Sam ośrodek Cosacolorem, gdzie mieszkaliśmy był rewelacyjny. Zobaczyliśmy domki, 2-3-4-5-6-osobowe, z których każdy miał inny kolor. W standardzie domku była kuchnia w pełni wyposażona, bardzo duży taras ze stołami do jedzenia, hamakiem oraz kanapą. Na terenie obiektu było też bardzo fajne miejsce zadaszone do robienia grilla, a obok basen.:)

     Dojechaliśmy późno, więc wieczór spędziliśmy w ośrodku, a następnego dnia rano wyruszyliśmy na plażę, która była oddalona około 1km od ośrodka.

     Samo miasteczko Montezuma jest piękne. Malutkie, totalnie chilloutowe, gdzie czas jakby stanął w miejscu. Kilka sklepików, 2 restauracyjki, jakiś pub i stragany z pamiątkami.

     Największą radość sprawiła nam długa lina przyczepiona do jednej z palm. Zabawy było co niemiara i tak samo dużo zdjęć w różnych konfiguracjach. 🙂

     Kolejną atrakcją były zabawy z falami, które co jakiś czas potrafiły być naprawdę duże i nie pozwalały wyjść na brzeg. Tak leniwie spędziliśmy ostatnie 3 dni naszego wyjazdu.

Powrót

     Trzeciego dnia pobytu na Montezumie musieliśmy z rana opuścić ośrodek i udać się w stronę stolicy skąd mieliśmy wylot do Madrytu. Tutaj trzeba wspomnieć o „wspaniałej” nawigacji, którą mieliśmy w cenie wynajmu auta. Nawigacja ta naprowadziła nas najpierw na jedną rzekę… a potem na drugą i kazała przez nie przejeżdżać. Już tracąc nadzieje, na dostanie się na czas do San Jose, spotkaliśmy panie, które akurat jechały również w tym samym kierunku i udzieliły nam kilku wskazówek oraz poprowadziły do promu, który skraca drogę zdecydowanie o nawet 3 godziny jazdy (szkoda, że nie można o tym przeczytać w internecie…).

     Oczywiście skorzystaliśmy z podpowiedzi i już spokojni o czas bez problemu dojechaliśmy na lotnisko 3 godziny przed planowanym odlotem. Tutaj jeszcze niezbyt miła opcja na pożegnanie z Kostaryką, a mianowicie, trzeba zapłacić opłatę wyjazdową z tego pięknego kraju w wysokości 29 dolarów za osobę.

    Polecam sklep bezcłowy, który znajduje się na tym lotnisku, perfumy są mega tanie.

     Dalej już sam lot do Madrytu przebiegł bardzo szybko i spokojnie. Następnie jeszcze kilka godzin oczekiwania na połączenie do Berlina, gdzie docieramy późnym wieczorem. Dalej już na dworzec autobusowy i o 22 mamy autokar Ecolines, który za 70 zł zawiózł nas już do naszej pięknej stolicy. W domu zameldowaliśmy się koło 7 rano z milionami wspomnień i nie dowierzaniem …że to już koniec.

     Wielkie podziękowania, dla wszystkich towarzyszów podróży, było mega zabawnie (wiele różnych dziwnych „akcji „się działo), jednak chyba o to chodzi, aby bawić się na całego!

Kilka praktycznych informacji:

Pieniądze

Na Kostaryce można mieć dolary i płacić nimi w każdym miejscu, ale tu już jest zupełnie inny przelicznik niż na Panamie i często oszukują przy przeliczaniu. Poza tym  nie wydają w dolarach, a w miejscowej walucie.

Woda

Bez problemu, zdatna do picia. Nie mieliśmy żadnych problemów żołądkowych.

Szczepienia

Zalecane są szczepienia, jednak my szczepiliśmy tylko córkę (na dur brzuszny (TYPHIM) i na wirusowe zapalenie wątroby typu A (HAVRIX)).

Czas

8 godzin różnicy wstecz względem czasu polskiego.

Religia

Zdecydowanie katolicyzm i widać to na każdym kroku

Pogoda

Pora sucha jest od listopada do kwietnia, jednak my będąc w czerwcu (niby w szczycie pory deszczowej) nie uświadczyliśmy w ogóle deszczu. W Panamie padało, natomiast w  Kostaryce nie. Jest jednak duża różnica temperatur, gdyż w San Jose jest koło 23 stopni w górach, noce są bardzo zimne, a nad oceanem były upały 34 stopnie.

Bezpieczeństwo

Ani razu nie czuliśmy się niebezpiecznie. Nie mieliśmy też żadnych złych przygód. Ludzie byli mili i pomocni.

Elektryczność

W Kostaryce tak samo jak w Panamie jest inne napięcie i potrzebne są inne wtyczki. Najlepiej zaopatrzyć się w kilka przejściówek, gdyż jedna to za mało jak się chce naładować kilka urządzeń.

Ceny

Kostaryka jest już droższa niż Panama. Obiady kosztują w okolicach 10-15 dolarów. Napoje już po dolarze i w górę za puszkę coli, czy butelkę wody. Benzyna tez jest droższa, już około 1.3 dolara za litr.

Leave a Reply

Your email address will not be published.