To, czego najbardziej obawialiśmy się podczas podróży na Hawaje, to, jak z tak dużą różnicą czasu (-11 godzin względem Polski) i przestawieniem się na nową godzinę poradzą sobie nasze dzieci, a także my. Przecież, gdy przyjechaliśmy z lotniska do naszego hawajskiego mieszkania  była 1 w nocy, a w Polsce…12 w południe! Nasze obawy okazały się bezzasadne. Po tak długiej podróży wszyscy usnęliśmy jak małe bobasy i wstaliśmy wyspani po 5 godzinach snu witając pierwsze promienie słońca na Hawajach.

     Pierwszy dzień postanowiliśmy odpoczywać po wyczerpującej podróży. Naszym zwyczajem podczas wypraw (także tych organizowanych zimą, gdy w naszym kraju mróz łapie za gardła) jest zawsze kierowanie pierwszych kroków na plażę, by wykąpać się w ciepłych wodach. Tak samo było i tym razem. Po śniadaniu udaliśmy się od razu na najbliższą plażę Makaha Beach, która oddalona była 1.5 mili od naszego mieszkania. Plaża bardzo fajna: duża, szeroka, brak tłumów. Dla dbających o bezpieczeństwo był tam ratownik. 🙂 Jedyny minus…brak jakiegokolwiek sklepu/baru w promieniu kilku kilometrów. Musieliśmy jechać do miasta, by kupić zwykłą wodę. Dzień poświęciliśmy na plażowanie, odpoczynek i zebranie sił na zwiedzanie wyspy w kolejnych dniach.

Samochodem po wyspie

     Jako, że po Oahu podróżowaliśmy samochodem to kilka słów na temat dróg. Były one bardzo dobre. W każde miejsce można było bez problemu dojechać. Dominowały autostrady, w samym Honolulu nawet 8-pasmowe w jedną stronę! Mimo jednak takich udogodnień byliśmy uczestnikami niezłych korków. Te były codziennie i to większe niż w Warszawie w godzinach szczytu. Cała wyspa jest skomunikowana z Honolulu. Z każdego miejsca, drogi prowadzą do stolicy Hawajów. Widoki podczas jazdy były przepiękne. Z jednej strony skaliste góry, a z drugiej ocean. Tunele przez góry, niesamowity gęsty busz, a za chwilę jazda wzdłuż wybrzeża z pięknymi plażami. Tak się właśnie jeździ po Oahu.

Honolulu

     Pierwszą wycieczkę zorganizowaliśmy do Honolulu. Jest to stolica i największe miasto Hawajów. Honolulu ma trochę ponad 177km² powierzchni, czyli jest ponad 3 razy mniejsze niż Warszawa. Jest ono bardzo nowoczesne, można tam zobaczyć drapacze chmur i mnóstwo turystów (prawie 10mln ludzi odwiedza Honolulu w ciągu roku).

     Dużym problemem w Honolulu są niestety parkingi. Trzeba było sporo się najeździć, żeby jakiś znaleźć. W końcu udało nam się zaparkować w galerii handlowej (odpłatnie), by wreszcie móc spacerować po centrum miasta. Zwiedzając je, doszliśmy do  najsłynniejszego miejsca w tym mieście, czyli plaży Waikiki. Tak szczerze mówiąc, przeżyliśmy rozczarowanie. Może otoczenie plaży było fajne, zieleń, mały park, można było popływać na desce, zjeść rybkę, ale sama plaża…bez rewelacji. Krótka, wąska – jednym słowem, nic specjalnego. Zrelaksowaliśmy się trochę w blasku słońca, porobiliśmy obowiązkowo zdjęcia i ruszyliśmy do drugiego, także obowiązkowego miejsca podczas wizyty w Honolulu, czyli do Pearl Harbor.

Pearl Harbol

     Zanim przejdę do relacji, napiszę co nieco o historii tego miejsca.

     Jest to historyczna baza marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych. Atak na Pearl Harbor przez Japonię nastąpił 7 grudnia 1941 roku. Atak ten jest uważany za moment rozpoczęcia wojny na Pacyfiku. Zginęło tam 2335 żołnierzy i marynarzy oraz 68 cywilów. Rany odniosło odpowiednio 1143 i 35 osób.

     Miejsce jest ciekawe i moim zdaniem warto je zobaczyć.

     Na terenie bazy można podziwiać łodzie podwodne, statki oraz tabliczki upamiętniające poległych. W muzeach można obejrzeć eksponaty, archiwalne dokumenty oraz filmy. Co pół godziny odbywały się tam seanse filmowe (takie mini kino), na którym zaprezentowany był film o tej bazie, historia z tego ataku, a także liczne komentarze dotyczących japońskiej agresji na Hawaje. Po emisji filmu był krótki rejs promem do pomnika USS Arizona – upamiętniającego miejsce spoczynku 1102 marynarzy, którzy zginęli na pancerniku USS Arizona. Pomnik składa się z trzech części: wejścia, miejsca zgromadzenia i świątyni. Wewnątrz pomnika znajduje się otwór w podłodze, przez który widać zatopione pokłady pancernika. Jest to miejsce, do którego odwiedzający wrzucają kwiaty jako wyraz szacunku dla poległych marynarzy. W środku pomnika, w świątyni wybudowano marmurową ścianę, na której widnieją nazwiska ofiar ataku.

Ciekawostka: 4/5 turystów, którzy byli z nami podczas zwiedzania, pochodziło właśnie z Japonii.

Czas zwiedzania: 3-4 godziny.

Wejście jest darmowe, co nas bardzo zdziwiło zważając na wartość tego miejsca.

Miejsce zdecydowanie robi wrażenie. Polecamy każdemu!

Plantacja Dole

     Czy warto? Hm… to zależy jak daleko masz do niej. Z jednej strony, to tylko taki mały ogród z różnymi odmianami ananasów (i nie tylko) z podpisanymi tabliczkami. Cena za wejście, gdzie przejdziesz cały w 5-10 minut to 7$ za osobę dorosłą, a 6.25$ za dziecko. Raczej się nie opłacało i trochę się rozczarowaliśmy. Z drugiej strony chcieliśmy ją zobaczyć i porównać z innymi, które do tej pory oglądaliśmy. Na plantacji można było przejechać się też ciuchcią (koszt to 10.50$ za osobę dorosłą i 8.50$ za dziecko) do oddalonego dalej ogrodu, ale przejazd trwał, z tego co widzieliśmy, max 3 minuty. Bez sensu… Z drugiej strony, lody ananasowe i ich sok, które można było tam kupić, były przepyszne! Nigdy nie jedliśmy tak dobrych lodów ananasowych. Przy okazji kolejnej wycieczki po wyspie, jeszcze raz tam zajechaliśmy właśnie z powodu smaku tych lodów.

Ananasy

Lody

Papaja

Cennik

 

Waimea Bay

Szukając jeszcze w Polsce fajnych atrakcji na wyspie, natknęliśmy się na taki obrazek.

     Maciej przepadł! Koniecznie musiał tam pojechać i skoczyć z tej skały. Rzeczywistość okazała się jednak inna. Duże fale (nie wiem jak duże, przypuszczalnie około 2-3 metrowe) uniemożliwiły wejście na nią, a co dopiero skok do oceanu. Tak więc czas spędzony tam poświęciliśmy na obserwacji ludzi, którzy surfowali na deskach. Widok był super, wręcz zapierający dech w piersiach.

Dead Man’s Catwalk

     Przyznam, że wejście tam nie jest legalne. Mimo to, bardzo dużo śmiałków decyduje się tam wejść. Powiem Wam, warto… widok zapierający dech w piersiach i żadne zdjęcie nie odzwierciedli tego co my tam widzieliśmy. Szliśmy szybkim krokiem około 40 minut, a Maja dzielnie dotrzymywała nam tempa. Ze względu na córkę i bardzo trudną trasę na szczycie (ryzyko upadku z klifu) oraz obecność patroli, nie doszliśmy na samą kładkę. Trochę żałowaliśmy, bo zdjęcia z takiego miejsca byłyby niepowtarzalne, ale nie to jednak było najważniejsze. Pocieszaliśmy się, że widok mieliśmy w sumie ten sam, tylko bardziej z boku.

     Tak upłynął nam pierwszy tydzień pobytu na Oahu, było intensywnie, ale po każdej wycieczce, wieczorem na osiedlu czekał na nas basen i jacuzzi, więc zbierać siły mogliśmy codziennie.

Relacja z drugiego tygodnia pobytu –> TU.

Pierwszą część znajdziecie TUTAJ.

 

Has one comment to “Hawaje – Aloha to Hawaii! 2017 (część 2)”

You can leave a reply or Trackback this post.

Leave a Reply

Your email address will not be published.